Song For You (Alexi Murdoch), The Call (Regina Spektor), I See Fire (Ed Sheeran)

Dzień dziecka, wewnętrzne dziecko, bla bla bla, whatever, nic tu odkrywczego nie ruszymy. To nie będzie notka pierwszoczerwcowa tylko taka o, bo mi przyszło do głowy ostatnio.

So today I wrote a song for you
’cause a day can get so long
And I know its hard to make it through
When you say there’s something wrong
So I’m trying to put it right
’cause I want to love you with my heart
All this trying has made me tight
And I don’t know even where to start
Maybe that’s a start
(…)
And its strange that you cannot find
Any strength to even try
To find a voice to speak your mind
When you do, all you want to do is cry
Well maybe you should cry

Kiedyś wydawało mi się, że to płakanie komuś w rękaw to oznaka… może nie tyle słabości, co osłabienia. No wiecie, że dźwigasz tak dużo, że już nie dajesz rady dźwigać sam i musisz poprosić kogoś o pomoc w dźwiganiu. Nie wiem, może faktycznie tak jest. Na pewno nie jest to słabość, nec Hercules contra plures, jak nie dźwigniesz sam, to lepiej poprosić kogoś o pomoc w niesieniu niż udawać kozaka i walczyć samemu, aż dostaniesz sraczki, przepukliny albo połamiesz sobie kręgosłup.
Ale ostatnio odkryłam też (niby to żadne odkrycie, ale wiecie jak to jest, że niby coś wiecie, ale tak naprawdę dociera to do świadomości dopiero wtedy, kiedy się samemu tego doświadczy), że to znak zajebistej odwagi. No tak, kurcze, jak raz, drugi, trzeci dostaniesz wpierdol to potem już odruchowo trzymasz gardę, jak mnie moje własne szczury kilka razy pogryzły aż do mięsa, to kochałam je dalej, ale przy próbie głaskania miałam skurcze mięśni, to raczej norma, instynkt samozachowawczy, atawistyczna samoobrona, dzięki której nasze szaleństwo trzyma się jeszcze na jako takim funkcjonalnym poziomie. Więc jeśli ośmielisz się powiedzieć komuś „ej, jestem aktualnie tak słaby, że podmuch wiatru ze złej strony kładzie mnie na łopatki”, to nawet jeśli nigdy nie dostałeś jeszcze nożem w plecy (chociaż jesteśmy w tym wieku, że chyba każdy z nas już dostał), zdajesz sobie sprawę z tego, że trochę powierzasz swój los w jego ręce. Mówisz komuś „jestem teraz mały i słaby”- to jest albo odwaga, albo głupota, sama nie wiem, co bardziej, ale mam nadzieję, że to pierwsze jednak.

All you can do is try to know who your friends are
As you head off to the war
Pick a star on the dark horizon
And follow the light

Okej, to w sumie też nie jest żadne epokowe odkrycie, o czym teraz piszę, w zasadzie to czytającym powyższe akapity zabrałam kilka cennych minut życia, mam nadzieję, że to były przynajmniej te minuty, w trakcie których scrollowalibyście fejsbuka w poszukiwaniu kolejnych zdjęć cudzej twarzy/kawy/dziecka, które wyglądają dokładnie tak samo, jak na zdjęciu wklejonym pięć sekund wcześniej. My point is- odważyłam się ostatnio i opłaciło mi się. Póki co przynajmniej, bo ja już jakoś specjalnie nikomu nie ufam, więc po prostu sprawdzę co się wydarzy. Na razie wydarza się dobrze. Jest pewna szansa, że mam przyjaciół, w których istnienie nikt nie wątpi i za których nikt nie chce wpakować mnie do szpitala. To fajne.

And if we should die tonight
Then we should all die together
Raise a glass of wine for the last time
Calling out for the rope
Prepare as we will
Watch the flames burn on and on the mountain side
Desolation comes upon the sky

Z rzeczy dziecięcych a może wręcz dziecinnych- byłam ostatnio na spotkaniu autorskim z Jakubem Żulczykiem. Jaram się. Nie odpowiedział mi co prawda do końca na moje pytanie o Radio Armageddon, ale fajnie było widzieć, że naprawdę zaciekawiło go pytanie i krótka wymiana zdań później. Rozmawianie z mądrymi ludźmi- so much fun!

Anybody Seen My Baby (The Rolling Stones), Wish You Were Here (Blackmore’s Night)

scrolluję
w nadziei
że coś się wydarzy

niestety do memów
z kotkami
z zandbergiem
z grą o tron
nadal nie da się przytulić w nocy

Wait (Alexi Murdoch), Purr (Tides From Nebula)

Ktoś zapytał mnie ostatnio, czy nadal prowadzę bloga.
Ależ oczywiście, że prowadzę! Tylko niestety ostatnio głównie w głowie, myśli nie są w stanie pokonać trasy z głowy poprzez palce i klawiaturę aż na ekran komputera. I przez chwilę sądziłam, że to jest może tak jak z tegorocznym Trójmiejskim Marszem Równości, że to tak wspaniale duża impreza, że nie dasz rady przywitać się ze wszystkimi znajomymi. Ale w przypadku bloga to tak nie działa… To wspaniale, że tyle się dzieje, koło zmian rozpędziło się i pruje przez czasoprzestrzeń, ale jeśli nie ma takiego momentu, że można się zatrzymać, zastanowić, podsumować co, jak, jakie, po co, czemu, to od tej prędkości można się zmęczyć, ze zmęczenia porzygać, w końcu ileż można wytrzymać przy przeciążeniu z ogromnym g, bo nie ma co ukrywać, to nie jest spacerek po pracy, nawet jeśli z zewnątrz faktycznie wygląda to jak taki spacerek podczas którego od niechcenia przyklejasz sobie plakaty, wieszasz banery, skandujesz czy co tam akurat jest do zrobienia, to w środku głowy i serca trwa rewolucja, która pali ogniem tak dużym, że DeLorean spokojnie mógłby wykonać skok w przyszłość albo Enterprise wejść w warp i dotrzeć tam, gdzie nie dotarł jeszcze żaden człowiek.
Więc jeśli nie zatrzymasz się na chwilę, nie przyjrzysz temu, nie ukierunkujesz, to możesz tak łatwo zgubić z plecaczka odpowiedzi na tak banalnie ważne pytania jak „co?” i „po co?” czy „kim w ogóle w tym jestem?”. Niekontrolowany ogień to pożar, niedziałający hamulec w rozpędzonym pojeździe to katastrofa.
Nie mówiąc już o tym, że chyba jestem jak taki kot, który biega po mieszkaniu, bo mu się gówno do tyłka przykleiło. Biegnę tak i biegnę licząc na to, że kawałek życiowej kupy odklei się ode mnie po drodze, co jest oczywiście durne, bo ono oczywiście będzie „biegło” za mną dalej, dopóki się nie zatrzymam i nie odkleję go sama.

A w ogóle to jestem zmęczona. Tak, już bardzo, tak że kolejny lekarz mówi „pani Maju, szpital” (swoją drogą co to za durny zwyczaj, żeby wypierdalać cię do szpitala nie za to, co ci dolega, ale za to, co ci pomaga). Myślałam, że jak już zabiorę się za to, co mam robić, po co mnie tu przysłano i zatrzymano siłą, to będzie mi łatwiej, ale wcale nie jest. Jestem zmęczona i chcę do domu.
Wychodzę w świat i oczywiście mu tego nie mówię, zamiast tego wołam do niego o miłości i solidarności, jeżdżę na rolkach z tęczową flagą na plecach i przypominam mu, że może być lepszy, jeśli tylko zechce, próbuję otworzyć mu oczy na zło, które jest wokół ludzi i dobro, które jest wewnątrz nich. I nie wiem, czy to mu daje cokolwiek, ale przecież po to tu jestem, rajt? Żeby próbować, żeby robić, żeby przypominać, żeby działa się rewolucja.

I chuj, wiem, że znowu narzekam, ale pies to jebał, każdy ma prawo czasem powiedzieć „pierdolę, nie robię”, nie jestem jakimś zjebanym króliczkiem Duracella, żeby zaiwaniać jak pojebana. Teraz chcę się zwinąć w kłębek i powiedzieć: Tak, jestem zmęczona, jestem zrezygnowana i mam złamane serce, bo zaufałam, a ktoś mnie brzydko wykorzystał. Widocznie wcielenie bogini Kali też czasem potrzebuje urlopu.

I know I have the strength to move a hill
But I can hardly leave my room
So I’ll sit here perfectly still
And I’ll listen for a tune
When the mind is on the moon

Przesilenie się zbliża, magia wisi w powietrzu, pooddycham nią, wniknie mi pod skórę i wszystko będzie dobrze. W końcu wszystko będzie dobrze. Jeśli nie jest dobrze, to znaczy, że to jeszcze nie koniec.

Ciąg dalszy nastąpi, bo teraz zatrzymuję się i oglądam.